To było straszne. Jest to jedyne adekwatne podsumowanie wydarzeń, które miały miejsce w roku 1960.
Fani amerykańskiego kina są zmęczeni. Przeżyli erę kina niemego. Służą do dźwiękowania filmów. Kiedy więc nadszedł 6 stycznia 1961 r. – a dokładniej styczeń 1960 r., jak zapisała to historia – widzowie spodziewali się kolejnego wzrostu. Poczucia nowych zmysłów. Trochę nowości.
Zamiast tego dostali koniak, dym z broni palnej i kompletną katastrofę.
Sprawie nie pomógł Jack Cardiff, autor zdjęć, który wcześniej pracował przy filmach Alfreda Hitchcocka „Pod Koziorożcem” i „Afrykańska królowa”. W 1960 roku nakręcił dramat Zapach tajemnicy, zaprojektowany specjalnie dla tej nowej technologii. Cardiff próbował zsynchronizować zwroty akcji z zapachami. Złoczyńca? Tytoń do fajki. Rozbita beczka po winie? Słodkie winogrona.
Publiczność tylko prychnęła ze współczuciem.
Długa historia zapachu w kinie
Lubimy myśleć, że Smile-O-Vision to tylko żart. W rzeczywistości tak nie jest. Teatry od wieków starają się wypełnić swoje sale zapachami z filmów.
Weźmy Makbeta. W XVII wieku pracownicy teatru używali miniaturowych bezpieczników zwanych „zaciskami”. Symulował grzmot. Ale wypełnił także salę zapachem prochu. Profesor Uniwersytetu Oksfordzkiego Charles Spence zauważył w 2021 roku, że stworzyło to węchowe odniesienie do zaklęcia czarów: * „Leć nad mgłą i cuchnącym powietrzem”*.
Nie był to odosobniony przypadek. W londyńskim teatrze Alhambra podczas baletu The Acorn Fairy Tree (1868) aromaty były rozprowadzane za pomocą waporyzatorów Rimmel. W XX wieku zapach stał się częścią ogólnego doświadczenia.
Wybierz się do Boston Fenway Theatre. W 1929 roku jeden z menadżerów przez przypadek wlał do instalacji wentylacyjnej pół litra fioletowej wody kolońskiej. Tak zgrał czas, aby zapach dotarł do widzów dokładnie w momencie, gdy na ekranie pojawił się film „Czas fioletu”. To zadziałało. Oklaski. Jeden z byłych menadżerów zażartował później, że mogliby po prostu usmażyć bekon lub zebrać wokół siebie palaczy trawki, aby stworzyć atmosferę. Cóż, mógłbym, powinienem, powinienem.
Walt Disney też prawie tego dokonał. Planując Fantazję w 1940 roku, chciał użyć kwiatowych perfum w części Dziadka do orzechów i pudru w części Uczeń Czarnoksiężnika. Porzucił jednak ten pomysł ze względu na koszty. Zatem „Fantasy” pozostała bezwonna.
Bitwa smaków
Technologia ta istniała przed pojawieniem się hałasu. Szwajcarski wynalazca Hans Laub pokazał wczesną wersję na Wystawie Światowej w Nowym Jorku w 1940 roku. Jedna z demonstracji obejmowała szefa kuchni siekającego cebulę. Druga demonstracja pachniała wiosennymi kwiatami jabłoni.
Ale to wymagało naciśnięcia przycisku. To nie było automatyczne.
Konkurencja pojawiła się szybko. General Electric wprowadził system Smell-O-Rama w 1953 roku. Następnie pojawił się system AromaRama, zaprojektowany przez Charlesa Weissa. Weiss stwierdził w CBS w 1959 roku, że zapachy skuteczniej niż dźwięki i obrazy oddziałują na serce.
Variety nazwało to „Bitwą zapachową”.
AromaRama zadebiutowała po raz pierwszy w grudniu 1959 roku filmem dokumentalnym Za Wielkim Murem Chińskim. Projekt się nie powiódł. The New York Times nazwał to chwytem bez korzyści artystycznych. Zapachy dodano w trakcie postprodukcji. Były drugorzędne.
„Smell-O-Vision” pojawił się w styczniu 1960 roku. Tym razem zapach został wbudowany w strukturę filmu. To było inne. Ale „inaczej” nie oznaczało „dobrze”.
Mózg na zapach, który nie zadziałał
W filmie Cardiffa „Zapach tajemnicy” wykorzystano nowy system „mózgu zapachowego” Lauba. Zastąpił przyciski ręczne. Na folii wykonano nacięcia, które przebijały paski z pojemnikami na perfumy. Zapachy zostały przesłane bezpośrednio do każdego krzesła.
To miała być magia.
Ale to nie zadziałało. The New York Times doniósł, że publiczność tam siedziała „węsząc i węsząc jak psy myśliwskie, próbując złapać zapach”*.
Technologia nie była w stanie wytrzymać obciążenia. Zapachy pozostały i zmieszały się. Proch zmieszany z lilią. Z maszyn dobiegł syczący dźwięk, przerywając immersję w filmie. Technologia wyglądała jak szkielet przewodów pod siedzeniami. Całkowicie zniszczyła iluzję.
Cardiff powiedział później, że żałował, że nie może wymazać filmu ze swojej pamięci.
Ironiczny. Zapach jest naszym najpotężniejszym wyzwalaczem pamięci. Ale zamiast wspomnień pozostał nam tylko ból głowy i dziwny zapach.
Krytycy wszystko przeskanowali. Zarówno AromaRama, jak i Smell-O-Vision były czerwonymi śledziami. Nie na miejscu. Nieskuteczny. W rzeczywistości Laub rozwiązał problem mieszania. Wykorzystuje system próżniowy do wysysania zapachów przed uwolnieniem nowych. Kina nie pachniałyby wnętrznościami Sephory. Ale krytycy nigdy nie widzieli tej wizji. Jedyne, co czuli, to ból głowy.
Dlaczego zapach nie został jeszcze wdrożony w kinie
Dlaczego więc Smell-O-Vision ciągle pojawia się na listach „Najgorszych pomysłów wszechczasów”? Time zrobił to wiele razy.
To niesprawiedliwe wobec Lauba. Człowiek wyprzedził swoją epokę. Ale budżet nie. A wykonanie było niechlujne. Tytuł był głupi. Utkwiło w podświadomości popkultury jako żart.
Dziś najbliższym analogiem jest 4DX. Atrakcje w kinach. Trzęsące się krzesła. Wiatr. Mgła. Zapach. Ale 4DX to chwyt marketingowy. Odchylenie od ścieżki. 3D też było odejściem.
Kino jest nadal w dużej mierze bezwonne. Z wyjątkiem popcornu z masłem.
Możemy sobie wyobrazić, jak by to było. Naprawdę poczuj tę scenę. Pozwól systemowi węchowemu zarządzać emocjami, tak jak ma to miejsce w prawdziwym życiu. Zamiast tego dostajemy w krześle plastikową rurkę, która syczy i śmierdzi jak coś po wypadku chemicznym.
Życie oferuje wiele zapachów. Czasami są sugestywne (sugestywne). Piękny. Czasami po prostu śmierdzą.
Kino stara się to uchwycić. Zwykle kończy się niepowodzeniem. I może tak będzie najlepiej. Jest coś głęboko ludzkiego w oglądaniu filmu, który można zobaczyć, ale nigdy nie poczuć.
























