Ian Vanveen ma dwadzieścia lat. Studentka drugiego roku studiów. Prawie bez środków. Zaczął więc robić rzeczy własnymi rękami, aby zaoszczędzić pieniądze. „Nie miałem pieniędzy” – przyznaje – „więc sam zbudowałem, co chciałem”.
Stolarstwo stało się dla niego terapią. I sposób na zaoszczędzenie pieniędzy. Najpierw robił meble. Wydawało się bezpieczne. Możliwy do przewidzenia. Potem swędzenie się nasiliło. Chciał czegoś bardziej wymagającego. Coś muzycznego.
Zapisał się na kurs stolarski. Trzeba było zrozumieć drzewo. Prawdziwe drzewo. Nie byle jakie deski 2×4. Dowiedział się, jak rozszerzają się włókna. Jak wilgoć niszczy połączenia. Gęstość ma znaczenie. Mając tę wiedzę postawił sobie wyższy cel.
Gitary elektryczne.
„To tutaj zrobiło się ciekawie.”
Zły początek
Wszystko zaczęło się jeszcze w szkole średniej. Jego tata miał starego niebieskiego Gibsona ES-355. Model półpusty. Vanveen ją kochał. Coś kliknęło w mojej głowie. Potrzebuję takiego.
Ale nie ten. Własny.
I poszedł do rodzinnego garażu w Wisconsin. Znalazłem resztki sosny z projektu tarasu. Piłowanie, klejenie. Bałagan. Bez planu. Wynik? „Wyszło naprawdę źle.”
Zatrzymał się. Czekałem. Pozwoliłam marzeniom odsiedzieć kilka lat.
Druga szansa. Szczupłe ciało.
Vanveen spróbował ponownie. Tym razem miał plan.
Uwielbiał Les Paule. Wszyscy kochają Les Paule. Ale są grube. Masywny. Po godzinie grania bolały mnie ramiona. Chciał cienkiego. Ultracienki.
Oto haczyk: cienkie wypaczenia drewna. Ciągnie go napięcie sznurków. Wilgotność się waha. Musiał znaleźć granicę. Jaką grubość można zmniejszyć, zanim szyja zniszczy ciało?
Korzystał z programu Adobe Illustrator. Brak standardowych szablonów. Tylko szkice. Rozważał rozmiary. Zrozumiałem to, idąc.
Wybór materiału miał znaczenie. Wybrał klon. Gęsty. Twardy. Stabilny.
Przeprowadzał testy. Tygodnie testów warunków skrajnych. Zacisk sznurkowy. Pomiar ugięcia. Liczba ta wynosiła cal i jedną ósmą. „Jeśli zejdziesz niżej” – mówi – „ciało się ugnie. Patrzy przed siebie. Zamieni się w śmieci”.
Do uzyskania szorstkiego kształtu użył piły ukośnej. Wyrzynarka do zakrzywionych linii. Wiercić otwory. Elementy wewnętrzne gitary wymagały precyzji. Potencjometry. Kondensatory. Okablowanie.
Celem była głośność. Brak wzmacniacza.
Większość gitar elektrycznych typu solid-body brzmi pusto, gdy nie są podłączone do wzmacniacza. Vanveen odrzucił taki los. Chciał rezonansu. Wydrążył całe ciało. Do okablowania zostawiłem tylko szprychę środkową. Stało się aparatem. Podobnie jak gitara akustyczna, ale mniejsza. Dźwięk odbija się wewnątrz. Wibracje wzrastają. Powietrze się porusza.
W przypadku elektroniki wybrał rozwiązanie niskobudżetowe. Produkty z eBay’a. Piętnaście dolarów. Zestaw z potencjometrami i przełącznikiem. Selektory dźwięku określają brzmienie instrumentu. Jasny? Chrupiący? Ciepły? Niegrzeczny? Wybrał sprzęt pasujący do wyglądu. Czarno-biały. Zainspirowany tutorialem fotograficznym. I tak. Dla osób leworęcznych.
„Nikt tak naprawdę nie produkuje gitar elektrycznych dla leworęcznych” – zauważa. „A ja jestem leworęczny.”
Ważny punkt. Tylko dla niego.
Pięć miesięcy ciężkiej pracy
Zajęło to pięć miesięcy.
Dwa miesiące planowania. Trzy miesiące budowy. Weekendy minęły. Minimum dwadzieścia godzin tygodniowo. Dwieście godzin całkowitej inwestycji.
Przerwał, gdy zaczęły się studia. Jesień 2024. Nie ma jeszcze nowych gitar. Zbyt zajęty. Za daleko od domu. Buduje w garażu rodziców. Nie można odtworzyć tej konfiguracji na stole w akademiku.
Ale umysł nadal pracuje.
W tym roku dowiedział się o wzmacniaczach operacyjnych. Wzmacniacze operacyjne. Małe schematy dostosowujące ton. Zbudował także symulator. Cyfrowy trik pozwalający ominąć główny kondensator. Większość gitar ma jeden filtr. Naprawił. Vanveen podłączył zewnętrzne kondensatory do swoich potencjometrów. Więcej przełączników. Więcej zmiennych. Więcej dźwięku.
Jeden przełącznik. Inny ton.
Planuje wersję 3 tego lata. Powrót do Wisconsin. Z powrotem na stole warsztatowym.
Tymczasem czeka na nas wersja 2.0. Niedokończone ulepszenia są odnotowywane w jego notatkach. Brama garażowa jest zamknięta.
