Jak śledzić ładunki nuklearne w kosmosie: rozwiązanie techniczne

1054 testów. Tyle razy Stany Zjednoczone oficjalnie przeprowadziły eksplozje nuklearne w latach 1945–1992. Większość z nich nie powiodła się na lądzie lub morzu. Tylko jeden wydarzył się w kosmosie.

Miało to miejsce w 1962 roku. Test o kryptonimie „Starfish Prime”. Ładunek o mocy 1,4 megatony został zdetonowany na wysokości 400 kilometrów. Impuls elektromagnetyczny był zbyt silny i szybki. Wyłączył 300 latarni ulicznych na Hawajach. Dzieliło ich prawie 1500 kilometrów – i wszystko działało jak w zegarku. Jednak przestrzeń zapłaciła jeszcze wyższą cenę. Powstały pas sztucznego promieniowania zniszczył dziesiątki pierwszych satelitów. Amerykański. Brytyjski. Radziecki. Wszyscy zginęli w jednej chwili.

Areg Danagoulian, profesor nauk nuklearnych w Massachusetts Institute of Technology (MIT), przedstawia problem w prosty sposób:

„Kiedy następuje eksplozja nuklearna… prawie każdy elektron… staje się wolny”.

Te wolne elektrony szybko pędzą do pasów promieniowania Van Allena. Bombardują wszystko dookoła. Jonizacja gwałtownie wzrasta. Promieniowanie pali elektronikę. Wybuch nuklearny w kosmosie? Jest tak samo źle jak na Ziemi, a może i gorzej.

Dlatego w 1967 r. Wielka Trójka, a następnie 115 innych krajów podpisało Traktat o przestrzeni kosmicznej, który zabrania rozmieszczania broni nuklearnej w przestrzeni kosmicznej. Zakaz ten obowiązywał przez pięćdziesiąt pięć lat. Niebo pozostało neutralne. Czysty.

Do czasu pojawienia się satelity Cosmos-2553.

Został wystrzelony przez Rosję w 2022 roku. Oficjalnie jest to satelita z czujnikami. Krytycy natychmiast wyśmiali tę legendę. Orbita całkowicie nie nadaje się do misji rozpoznawczych. Przechodzi przez najbardziej radioaktywne i agresywne części niskiej orbity okołoziemskiej. Po co?

„To miejsce jest prawdopodobnie idealnym miejscem… do detonacji broni termojądrowej.”

Pomyśl o tym. Jeśli ten sprzęt jest uzbrojony, znajduje się blisko sieci GPS, szkieletów Internetu i sprzętu wywiadowczego. Jedna eksplozja i współczesna globalna komunikacja upadnie. Najgorszy scenariusz nie jest już teorią. Wisi nad naszymi głowami.

Ale jesteśmy ślepi. Nie da się tego potwierdzić. Danagoulian przestudiował wszystkie jawne dokumenty. Darmo. Nie ma ani jednej proponowanej metody wykrywania satelity nuklearnego. Martwy punkt dla całej planety.

Postanowił to naprawić. Albo przynajmniej nakreśl plan.

Dziś czasopismo Nature opublikowało jego badania. Rozwiązanie opiera się na zjawisku spalacji. Brzmi skomplikowanie. To w zasadzie brutalna siła fizyki. Energetyczne protony zderzają się z ciężkimi pierwiastkami. Z uranem. Z plutonem. Każde uderzenie wybija około 40 neutronów. Miliony na sekundę. Jest głośno. To krzyk w bibliotece.

Samo urządzenie jest proste, ale dokładne. Dwa panele scyntylatorów, „kanapka” pomiędzy kryształami syntetycznego diamentu. Taka konstrukcja eliminuje nadmierny hałas. Naturalne protony przechodzą przez filtr. Neutrony jądrowe są oznaczone. System określa, skąd pochodzą. Czy to po prostu kosmiczny śmieci, czy też ktoś ukrywa „gorący” ładunek?

Precyzja ma znaczenie. Tydzień obserwacji w promieniu 4 kilometrów od celu daje pewność 99%. Jeśli zbliżysz się na odległość 800 metrów, odpowiedź nadejdzie w ciągu kilku godzin.

Licznik Geigera nie kłamie. Liczby neutronów nie da się sfałszować.

Technologia jest jeszcze na etapie badań laboratoryjnych. Nie ma go jeszcze na orbicie. Nie był testowany na prawdziwym metalu. Danagoulian zwraca się do laboratoriów krajowych o pokrycie kosztów i stworzenie prototypu. Wzywa polityków, aby przestali udawać, że widzą zagrożenie.

Czy zbudują tę wieżę obserwacyjną? A może poczekają, aż znowu zgasną światła?

Exit mobile version